Cyberuzależnieni dyrektorzy zagrożeniem dla firm – przykłady i case study

8 marca, 2019 · Informacja prasowa · 7 min czytania

Komunikaty ostrzegające przed ryzykownymi technologiami, zakaz posiadania szpiegujących smartwatchów, blokowanie obcych na rzecz tworzenia własnych mediów społecznościowych - to tylko kilka przykładów, jak kraje rozwinięte technologicznie radzą sobie z cyberzagrożeniami wynikającymi z rozwoju cyfrowych technologii uzależniających. Jak na tym tle wypada Polska?

Zalecamy ostrożność podczas zakupów w sklepie: homeekspert.net

Komunikaty ostrzegające przed ryzykownymi technologiami,

zakaz posiadania szpiegujących smartwatchów, blokowanie obcych na rzecz

tworzenia własnych mediów społecznościowych – to tylko kilka przykładów, jak

kraje rozwinięte technologicznie radzą sobie z cyberzagrożeniami wynikającymi z

rozwoju cyfrowych technologii uzależniających. Jak na tym tle wypada Polska?

Funkcjonując w coraz bardziej zdigitalizowanym świecie,

konieczność skutecznego przeciwdziałania niektórym skutkom cyfrowych

technologii uzależniających (tzw. CTU) jest nie tylko paląca, ale wręcz

niezbędna dla zapewnienia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Tę świadomość

mają wysoko rozwinięte technologicznie kraje, które od lat inwestują w

narzędzia, mające eksplorować zjawiska CTU i zapobiegać ich negatywnemu

wpływowi na ludzi, a przez to na bezpieczeństwo narodowe.

Za dobry przykład można wziąć Niemcy, gdzie służby na

bieżąco publikują informacje ostrzegające przed ryzykownymi technologiami lub

wręcz zakazują stosowania niektórych z nich, jak np. szpiegujących

smartwatchów. Aktywnie przed wpływem CTU bronią się także Chiny i Rosja,

które zablokowały dostęp do obcych mediów społecznościowych i stworzyły własne,

alternatywne wersje. – W kwestii cyberbezpieczeństwa Polska na tle innych

krajów rozwiniętych wypada co najwyżej przeciętnie. Odpowiednie protokoły

bezpieczeństwa dopiero zaczynają powstawać, tak jak i inicjatywy, których celem

ma być edukacja osób mających dostęp do krytycznych danych. Trwają też

intensywne prace, realizowane we współpracy z organizacjami okołorządowymi,

zmierzające do powstania krajowego programu edukacji, który podniesie wiedzę w

zakresie cyberbezpieczeństwa i cyberuzależnień, minimalizując w ten sposób

negatywne skutki CTU – tłumaczy Dawid Bałut, ekspert od cyberbezpieczeństwa

z Testarmy CyberForces.

Uczmy się na błędach innych – case study

Cyberprzestępcy są kreatywni, atakując nie tylko częściej,

ale wykorzystując do tego trudne do przewidzenia sposoby. Same praktyki OSINT

(Open Source Intelligence, wywiad źródeł jawnych) i zbierania informacji na

temat celu ataku istnieją od dekad. Problem z ich wykrywaniem nasilił się

jednak, gdy do równania wprowadzone zostały aplikacje z potencjałem uzależniającym. Psychologiczne zjawiska

wpływające na zachowanie użytkowników prowadzą do sytuacji, w których nawet przeszkoleni

dyrektorzy korporacji padają ofiarą ataków socjotechnicznych. Przemęczeni i

w ciągłym pośpiechu, chcą osiągnąć cel jak najszybciej, jednocześnie pozostając

produktywnymi. Ich umysł ignoruje czerwone flagi, które normalnie pojawiają się

u osób niebędących uzależnionymi od używania danego medium.

Czasem więc wystarczy mail w znajomej sprawie czy z niepokojącą

informacją, np.: “czy widziałeś kompromitujące zdjęcia swojej córki w

internecie?”, aby w przypływie emocji kliknąć w link podany w mailu i nie

zauważyć, że zamiast zostać przekierowanym na oficjalną stronę, ofiara trafia

na stronę kontrolowaną przez atakującego. Witryna wygląda tak samo, jak znana

sobie strona i wymaga logowania.

W sytuacji, w której człowiek nie jest pod ciągłym wpływem czynnika uzależniającego,

mógłby zadać sobie pytanie: “dlaczego muszę się logować, skoro jeszcze 15 minut

temu korzystałem z aplikacji będąc zalogowanym i nie było żadnego problemu?”.

Jednak ofiara chce jak najszybciej dostać się do zniesławiających danych.

Loguje się, wchodzi na stronę i faktycznie widzi informację o tym, że jego

córka wzięła udział w “nietypowej” imprezie będąc na wakacjach we Włoszech.

Zdjęcia są do pobrania, załączone w archiwum .zip. Historia brzmi wiarygodnie, bo rzeczywiście córka była w tym

konkretnym terminie w tej właśnie lokalizacji. Ufa więc informacji i pobiera archiwum .zip. W środku nie ma

nic, oprócz złośliwego kodu, który wykonuje się w momencie wypakowania plików .docx.

Niepewna ofiara ataku może zgłosić się do swojego działu IT

z prośbą o pomoc, podejrzewając, że pakiet MS Office nie działa, bo zdjęcia nie

mogły się otworzyć. Taka reakcja byłaby pożądana, ponieważ daje IT

szansę na analizę i rozpoznanie ataku. Umożliwia wywołanie odpowiednich

mechanizmów odpowiedzi na incydent bezpieczeństwa, powstrzymanie ataku i

ochronę przed kompromitacją danych ofiary i jego firmy.

W pesymistycznym dla bezpieczeństwa biznesu scenariuszu

ofiara uznaje, że była to marna prowokacja, ociera pot z czoła i wraca do

swoich codziennych zadań. W tym czasie złośliwe oprogramowanie umożliwia

cyberprzestępcom dostęp do wewnętrznej infrastruktury firmy oraz portali. Na

tym skandal się nie kończy, gdyż zdobyte dane logowania, oprócz ataku na firmę,

zostają wykorzystane do eskalacji uderzenia poprzez faktyczny atak na prywatne

życie ofiary, wydobycie historii rozmów prowadzonych przez media

społecznościowe i szantaże.

Prosty atak rozgrywający się w zaledwie kilka minut doprowadza więc do

ogromnych strat dla biznesu i osoby, która w wyniku braku odpowiedniej edukacji

padła jego ofiarą!

Nasuwa się pytanie, skąd przestępca zdobył informacje pozwalające

mu stworzyć scenariusz ataku? – O ile zaatakowany dyrektor czy pracownik

przechodzi proste programy edukacji bezpieczeństwa w swojej korporacji, o tyle

jego rodzina już nie. Przejrzenie ich profili w mediach społecznościowych i

wyciągnięcie potrzebnych danych to dla hakera kwestia minut. Niestety jest to

bardzo powszechny i niebezpieczny wektor ataku, często pomijany w programach

edukacji osób zajmujących kierownicze stanowiska – tłumaczy Dawid Bałut.

Media społecznościowe – ulubione przez hakerów CTU

Skandale polityczne, ingerencja w przebieg wyborów,

manipulacja giełdą – historia zna wiele sytuacji wykorzystania mediów

społecznościowych do przeprowadzenia ataków socjotechnicznych. Przykładów można

by mnożyć:

1. Mapa baz wojskowych USA

Strava to serwis dla

sportowców wspomagający rozwój dzięki udostępnianiu setek indywidualnych

statystyk. Po zebraniu 3 bilionów punktów pochodzących z geolokalizacji

użytkowników, w listopadzie 2017 r. opublikował mapę cieplną pokazującą

popularne trasy, m.in. biegowe i rowerowe. Robiąc to serwis prawdopodobnie

ujawnił także aktywność korzystających z aplikacji żołnierzy amerykańskich,

doprowadzając do wskazania lokalizacji sekretnych baz wojskowych USA – m.in. w

Turcji, Syrii i Jemenie.

2. Algorytmy w oparciu o fake news

23 kwietnia 2013 r. z konta amerykańskiej agencji

informacyjnej Associated Press na Twitterze została udostępniona

informacja o dwóch wybuchach w Białym Domu, w wyniku których ranny został

prezydent Barack Obama. Informacje były fałszywe, ale prawdziwa była odpowiedź

giełdy, która chwilę po domniemanym ataku zanotowała straty w wysokości 136.5

miliarda USD. Do akcji dezinformacyjnej przyznała się grupa hakerów

komputerowych Syrian Electronic Army, ale winą za nagły krach

specjaliści obarczają algorytmy giełdowe, które podejmują predefiniowane

decyzje finansowe bazując m.in. na śledzonych kanałach informacyjnych.

3. Tweet za 20 mln USD

7 sierpnia 2018 r. Elon Musk, CEO Tesli, udostępnił

25 milionom osób obserwujących jego konto na Twitterze informację o

możliwości zdjęcia spółki z giełdy po cenie 420 USD za walor. Jak okazało się,

tweet miliardera nie miał żadnych podstaw, a jego celem było uderzenie w

inwestorów i wpłynięcie na kurs akcji producenta. Komisja Papierów

Wartościowych (SEC) odstąpiła od nałożenia 20 mln USD kary tylko pod warunkiem,

że Elon Musk już nigdy nie zamieści na Twitterze wpisu o Tesli. Dlatego kilka

dni temu, chcąc podzielić się informacją na temat marki, bystry miliarder na

kilka godzin zmienił swoje nazwisko na… Elon Tusk.

Potrzebna ciągła

i kreatywna edukacja!

Takie proste przykłady ataków socjotechnicznych są tylko

wierzchołkiem góry lodowej. Choć fenomen cyfrowych technologii uzależniających

wzbudza coraz większe zainteresowanie ze strony psychologów i socjologów, minie

jeszcze sporo czasu zanim rezultaty badań będą wiarygodne w stopniu, który nie

tylko pozwoli odeprzeć aktualne ataki, ale przygotować się na przyszłościowe

zagrożenia, wynikające np. z faktu tracenia umiejętności utrzymania

koncentracji na konkretnym zadaniu.

Być może dojdziemy do poziomu rozproszenia, w którym będziemy padać ofiarą ataków

socjotechnicznych, na które nie zareagujemy nawet po fakcie. Zwyczajnie nie

będziemy pamiętać, że w ogóle wykonaliśmy jakąś czynność online, która mogła

wygenerować ryzyko skompromitowania naszych danych. A może ze względu na

otaczającą nas technologię będziemy coraz lepiej uczyć się zarządzania chaosem

i łatwiej będzie nam rozpoznawać ataki, które są wynikiem odchylenia od tego,

do czego jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni.

Dlatego teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, istotna

jest ciągła i kreatywna edukacja osób mających dostęp do krytycznych

danych, czyli ludzi pełniących kluczowe role w swoich firmach czy powiązanych z

bezpieczeństwem państwa. Ataków możemy spodziewać się coraz więcej, ale ich

siła tkwi nie w ilości, ale w mnogości wektorów, wykorzystywanych przez

kreatywnych hakerów na trudne do przewidzenia sposoby.

Żródło: TestArmy

CyberForces

Komentarze obsługuje Disqus. Wczytanie spowoduje połączenie z zewnętrznym serwisem.